Menu

Bez znaczenia gdzie i jak, byle ciągle iść do przodu, nawet pod wiatr.

Dziennik z podróży, z życia. Garść przemyśleń i relacji z trasy, tona motywacji i szczypta dobrych porad. Najwyższy czas spakować swój plecak i w drogę!

Stopem przez Bałkany - 10 państw w 10 dni - Chorwacja i Bośnia

podartejeansy

Z samego rana wyruszamy na poszukiwanie informacji turystycznej, w celu naładowania telefonów. Kolejnym problemem jest znalezienie miejsca, w którym będzie można zostawić plecaki, gdyż pani z informacji się na to nie zgadza, a zwiedzanie starego miasta z 10kg obciążeniem na plecach jest mordęgą. Dubrovnik jest bowiem miastem schodów. Wąskie uliczki wijące się między starymi kamienicami i tysiące stopni do pokonania – takie są uroki chorwackiej miejscowości. Kiedy po wielu próbach udaje się nam namówić jednego z kelnerów, aby zostawić plecaki schowane za pianinem w jego restauracji, wyruszamy w labirynt starego miasta! Tak naprawdę trzeba przyznać, że każdy budynek z osobna jest istnym zabytkiem architektury, a czasem nie do końca wiadomo, gdzie podziać wzrok. Ochłodę przed prażącym słońcem można znaleźć w cieniu kamienic.

Podczas wędrówki wąskimi zakamarkami Dubrovnika trafiamy na coś dość niesamowitego. Na wysokości jakiegoś 5. piętra, ponad dachami domów znajduje się boisko! Otoczone metalową siatką, która umożliwia oglądanie całej okolicy, wciśnięte między domy i ciasne zaułki. Zwyczajne dwie metalowe bramki i kilka koszów do gry, jednak wrażenie jest niesamowite. Zastanawiający jest fakt, jak młodzież chorwacka odnajduje piłki, które przerzucone ponad metalowym ogrodzeniem spadają w gąszcz wąskich uliczek.

Kolejną z atrakcji jakie serwuje nam Dubrovnik jest krystalicznie czysta woda. Uwierzcie, że w całej Chorwacji nie znajdziecie równie przejrzystej i ciepłej wody. Niestety trzeba zaznaczyć, że plaża jest bardzo niewielkich rozmiarów, a każde miejsce jest zagospodarowane. Spóźnialscy rozkładają się nawet na wielkich głazach, które odgradzają plażę od hoteli. Po orzeźwiającej kąpieli bierzemy lodowaty prysznic, którego 30s kosztuje nas równowartość 2zł. Zarzucam mokry ręcznik na wierzch plecaka, aby zdążył wyschnąć podczas podróży i z drożdżówką w ręku kieruję się w stronę drogi. Niespodziewanie dotarcie do niej okazuje się o wiele trudniejsze niż zakładałyśmy. Z bezradną miną spoglądam na piętrzące się przede mną schody. Stopnie zdają się nie kończyć, ale nie ma wyjścia – trzeba wejść na górę!

Cel na dziś to Mostar. Na pierwszego stopa łapiemy dwójkę robotników jadących do pracy. Załadowana paka, zimny łokieć i muzyka na pełny regulator. Podwózka chociaż wyjątkowo krótka, jednak mimo wszystko przyjemna. Później para Austriaków podrzuca nas do autostrady, którą dostaniemy się prosto do granicy Chorwacko - Bośniackiej. Złapanie stopa w tym miejscu na pewno nie należy do łatwych zadań, ale w końcu nam się udaje. Miły, starszy Chorwat zatrzymuje swoje blisko 20-letnie auto. Wsiadamy. Na lusterku wstecznym wisi różaniec, pierwsze pytanie – czy jesteśmy pielgrzymami? Jedziemy do Medziugorie? Niestety nie, ale kierowcy to nie przeszkadza. Po prostu włącza w radiu chorwackie disco polo i chociaż nie słuchamy takiej muzyki, po chwili bezwiednie zaczynamy poruszać się do rytmu, śpiewać i bawić razem z Chorwatem. Niesamowite jak wiele rzeczy w szybki i naturalny sposób potrafi zbliżyć do siebie ludzi.

Do granicy Bośniackiej musimy dostać się na piechotę. Przemierzamy małe miasteczko przygraniczne. Nie tętni ono ani życiem, ani bogactwem. Widać, że ludności bałkańskiej się nie przelewa. Stare obdrapane budynki z opadającym tynkiem prowadzą nas wzdłuż ulicy. Przechodząc obok jednego z wątpliwej solidności domu mieszkalnego, a raczej chatki, zauważamy starszą kobietę krzątającą się po przedsionku. Uśmiechamy się ciepło i machamy. Jej reakcja była dla nas zaskakująca. Kobieta tak po prostu odstawiła drewnianą zmiotkę i podeszła do płotu, podając nam ponad sztachetkami świeże pomidory, zerwane prosto z jej ogródka. Niby nic wielkiego, ot dwa czerwone pomidory. Najprostszy gest na świecie, a od razu człowiekowi robi się jakoś lepiej. Plecak nie wydaje się być już taki ciężki, a wszystko wokół staje się jakieś lepsze. Tylko za sprawą głupich pomidorów.

Czasami trzeba przejechać ponad 1400km, żeby uświadomić sobie, że najwięcej szczęścia w życiu sprawiają nam te proste i banalne rzeczy, spontaniczne gesty, z którymi spotykamy się każdego dnia.

20140807_175445Granica

Na granicy spotykamy się z… Korkiem! Jednak nie przejmujemy się tym zbytnio, bo jest to dla nas idealna okazja, żeby po prostu powłóczyć się między samochodami i popytać czy ktoś nas podrzuci. W końcu trafiamy na bośniackiego żołnierza, który wraca z urlopu do domu. Oczywiście w czasie podróży musiał pojawić się temat wojny na Bałkanach. Była bezsensowna – to jedyny komentarz, który otrzymujemy. Nie drążymy tematu. Okazuje się, że nasz kierowca zmierza prosto do Sarajewa. Postanawiamy zmienić trochę nasze plany i Mostar odwiedzić w drodze powrotnej, skoro już nadarzyła się taka okazja.

20140809_090616                W drodze do Sarajewa

W Bośniackiej stolicy udajemy się prosto do hostelu. Po kilku nocach spędzonych na plażach i w parku, przyda nam się wreszcie porządny prysznic i wygodne łóżko.

© Bez znaczenia gdzie i jak, byle ciągle iść do przodu, nawet pod wiatr.
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci